Przejdź do głównej treści

Gruzja. Tam, gdzie natura rozdaje karty

Są miejsca, które zapamiętuje się dzięki widokom. Są też takie, które pozostają w pamięci przez emocje. Gruzja bardzo szybko pokazała nam, że potrafi połączyć jedno z drugim – zachwycić, przestraszyć, zmusić do pokory, a chwilę później podarować coś, czego nie da się zaplanować w żadnym roadbooku. Na kolejnych kartach naszego pamiętnika szczególnie mocno zapisuje się Mestia, górska miejscowość w północno-zachodniej Gruzji, w regionie Megrelia-Górna Swanetia, otoczona potężnymi szczytami Kaukazu. Mestia i Górna Swanetia to jeden z tych punktów naszej podróży, których zdecydowanie nie chcieliśmy ominąć.

Rankiem ruszamy na trekking w kierunku lodowca Chalaadi. Początek jest niemal sielankowy. Łagodne podejście żółtym szlakiem prowadzi przez las i malowniczą dolinę, tuż obok rwącej, lodowatej rzeki Mestiachala, zasilanej wodą wypływającą spod lodowca. Ogromne masy wody rozbijają się o skały i głazy, a ich huk wypełnia całą dolinę. Rzeka fascynuje, ale jednocześnie budzi respekt. Jeszcze wtedy nie wiemy, że za kilka godzin to właśnie ona stanie się główną bohaterką wydarzeń, które zapamiętamy na bardzo długo.

Z każdym kolejnym kilometrem krajobraz zaczyna się zmieniać. Leśny szlak ustępuje miejsca surowej dolinie wypełnionej mniejszymi i większymi odłamkami skalnymi. Otoczenie zaczyna przypominać księżycowy krajobraz, a majestatu dodają mu strome ściany gór opadające niemal do samego dna doliny. Kiedy docieramy do końca szlaku i czoła lodowca, naszym oczom ukazuje się lodowa jaskinia, z której wypływa mlecznobiała rzeka zasilana topniejącym lodem.

Nad krawędzią lodowca i rzeką nieustannie przemieszczają się kamienie, błoto i fragmenty skał. Co jakiś czas któryś z nich odrywa się i z impetem spada w dół. Duży znak STOP!, który mijaliśmy chwilę wcześniej, zdecydowanie nie stoi tam bez powodu. To nie jest bezpieczne miejsce. Przyroda cały czas przypomina, kto tutaj ustala zasady. Od rzeki bije przenikliwy chłód, a huk wzburzonej wody odbija się od skalnych ścian i niemal fizycznie czuć go w piersi. Jednocześnie trudno oderwać od tego wszystkiego wzrok.

To nasza pierwsza w życiu wizyta przy lodowcu, dlatego robimy zdjęcia, parzymy ulubioną kawę i przez dłuższą chwilę po prostu chłoniemy to miejsce. Postanawiamy podejść jeszcze trochę wyżej, poza główny szlak. Przed nami otwiera się krajobraz zapierający dech w piersiach. Znajdujemy się nad lodowcem, u styku potężnych ścian pobliskich gór, w sąsiedztwie szczytu Użba. Skaliste zbocza wyglądają tak, jakby natura stworzyła je specjalnie po to, aby właśnie tędy mogły schodzić masy śniegu, kamieni i skalne lawiny.

Jeden lot drona zmienia wszystko

Czas płynie, więc zaczynamy myśleć o powrocie. Zanim jednak ruszymy w dół, chcemy jeszcze raz zobaczyć dolinę i rwącą rzekę z góry. Wypuszczamy naszego drona. Kilka minut później baśniowa atmosfera znad lodowca zmienia się w serię wydarzeń, które na długo pozostaną w naszej pamięci.

Tuż przed powrotem do miejsca startu dron traci łączność GPS i rozpoczyna procedurę lądowania po drugiej stronie rzeki. Z ostatniego obrazu przesłanego na telefon wiemy, że wylądował na jednym z kamieni. Problem polega na tym, że pomiędzy nami a nim znajduje się Mestiachala. Do wyboru pozostaje bardzo niebezpieczna droga górą, przez zbocze nad lodowcem, albo próba przedostania się przez rzekę.
Podejmuję decyzję o próbie przejścia po wystających ponad wodę skałach w jedynym możliwym wedlug mnie miejscu . Cześć przeprawy pokonałem po głazach skacząc z jednego na drugi. Do końca pozostaje najtrudniejszy moment skok do rwącej rzeki w pobliżu skały. Adrenalina sięga zenitu. Skaczę. Niestety silny prąd lodowatej wody podcina mi nogi i wpadam po szyję tuż przy głazie.

Udaje mi się dostać na drugą stronę. Jestem mokry i zziębnięty, a odnalezienie miejsca lądowania okazuje się znacznie trudniejsze, niż przypuszczaliśmy. Marta zostaje na przeciwległym brzegu, jednak huk wody praktycznie uniemożliwia nam komunikację. Minuty mijają, zaczyna zapadać zmrok, a przed nami pozostaje jeszcze co najmniej 50 minut zejścia do samochodu. Nie wiemy wtedy jeszcze, że telefon zapisał pełny obraz z lotu i później będziemy mogli dokładnie przeanalizować ostatnie chwile przed lądowaniem.

W końcu przerywamy poszukiwania. Dron musi zostać. Teraz najważniejszy jest powrót.

Mestiachala pokazuje swoją siłę

Miejsce, którym wcześniej udało mi się dostać na drugi brzeg, przy próbie powrotu okazuje się niemożliwe do pokonania w ten sam sposób. Szukam innego przejścia i próbuję przedostać się przez rzekę. Lodowata woda i rwący nurt okazują się jednak silniejsze. W pewnym momencie tracę oparcie i rzeka mnie porywa.

Nie wiem, jak długo walczyłem z nurtem. W którymś momencie udaje mi się złapać skały i wydostać na brzeg. Docieram do Marty, która pomaga mi zdjąć mokre ubrania i upewnia się, że nic poważnego mi się nie stało. Nie ma już czasu na dalsze próby. Ruszamy w dół. Zmarznięte stopy, mokre buty i emocje zdecydowanie nie ułatwiają zejścia.

Kiedy wreszcie docieramy do samochodu, decyzja może być tylko jedna – tej nocy śpimy w hotelu. Potrzebujemy ciepła, odpoczynku i chwili, aby uspokoić emocje. Dopiero wieczorem odkrywamy, że telefon zapisał cały lot drona. Możemy dokładnie obejrzeć nagranie i wiemy już, gdzie mniej więcej znajduje się nasz zgubiony sprzęt.

Wracamy po drona

Następnego dnia pogoda jest zupełnie inna. Świeci słońce i jest zdecydowanie cieplej. Mam plan – z naszych pasów transportowych i lin chcę zbudować zabezpieczenie pomiędzy skałami i spróbować dostać się na drugą stronę bezpieczniej niż poprzedniego dnia. Nie przewidzieliśmy jednak jednego: słońce i wyższa temperatura oznaczają intensywniejsze topnienie lodu. Poziom rzeki jest znacznie wyższy niż dzień wcześniej.

Moja próba kończy się więc szybciej, niż zakładałem. Co więcej, ponownie pojawia się problem z bezpiecznym powrotem ze skał na brzeg. Tym razem los stawia jednak obok nas właściwego człowieka. W pobliżu znajduje się alpinista, który przy pomocy naszych pasów pomaga mi bezpiecznie wrócić na brzeg przez rwący nurt. Po wszystkim schodzimy ze szlaku  myślą, że sami tego nie zrobimy. Postanawiamy poszukać w Mestii firmy lub osoby dysponującej odpowiednim sprzętem, być może większym dronem, którym udałoby się odzyskać naszego.

Kiedy wsiadamy do samochodu, zauważam na skalnej ścianie człowieka, który chwilę wcześniej nam pomógł. Postanawiamy jeszcze raz mu podziękować i zapytać, czy zna kogoś, kto byłby w stanie odzyskać drona. Wśród osób obserwujących wspinaczkę znajduje się człowiek, któremu pokazujemy nagranie i tłumaczymy całą sytuację. Pytamy, czy zna kogoś, kto mógłby tam dotrzeć.
Odpowiedź jest krótka: „Ja mogę. To nie jest dla mnie problem”.

Pytamy więc, kiedy mógłby to zrobić.
„Teraz”.

Jesteśmy w szoku. Ogląda zapis lotu, mówi, że wie, gdzie znajduje się dron, zakłada plecak i rusza w góry. Półtorej godziny później trzymamy naszego drona w dłoniach. Człowiek, który go odzyskał, jest alpinistą z Mestii.

Niewiarygodne? Dla nas również. Los po raz kolejny okazał się łaskawy.
Cała historia nie należy do tych, które chcielibyśmy kiedykolwiek powtórzyć. Zostawiamy ją jednak w naszym podróżniczym pamiętniku jako bardzo ważną przestrogę. Z gruzińską naturą nie należy igrać. Potrafi zachwycić swoim pięknem, ale potrafi być również niezwykle niebezpieczna.

Użguli. Kolejna noc wysoko w górach

Zapada wieczór, ale nasza podróż trwa. Kierunek – Użguli. Przed nami kolejna przygoda i kolejny nocleg pod niebem. Prognozy nie są najlepsze, bo zapowiadany jest deszcz i burza. Nocą znajdujemy miejsce w dolinie, osłonięte od porywistego wiatru, i rozbijamy obóz na wysokości około 2000 metrów n.p.m.

Dopiero rano odkrywamy, gdzie właściwie spędziliśmy noc. Przed nami rozciąga się bajeczny krajobraz doliny i gruzińskiej prowincji. Nigdzie się nie spieszymy. Jemy późne śniadanie, bierzemy prysznic – ja tym razem korzystam z niewielkiego górskiego strumienia 😏 – i dopiero około południa ruszamy w stronę wioski.

Użguli daje nam dokładnie to, po co przyjechaliśmy do Gruzji – chwile, których nie da się kupić, oraz prawdziwą fotograficzną eksplozję inspiracji. Gdy dzień zaczyna się kończyć, góry pokazują kolejne oblicze. Ośnieżone szczyty łapią ostatnie światło zachodzącego słońca, a my praktycznie nie odkładamy aparatów. Wieczór kończymy sesją przy pełni księżyca.

Późną nocą opuszczamy Użguli.

Górski klimat u podnóża Kazbeku przygotowuje dla nas spektakl, którego nie dałoby się zaplanować. Każda mgła kiedyś ustępuje, robiąc miejsce bezchmurnemu niebu i promieniom słońca. Tak było również tym razem. Cminda Sameba przywitała nas morzem chmur, zza których nieśmiało przebijały się zarysy klasztoru. Patrzymy, czekamy i oboje czujemy, że nie chcemy jeszcze stąd odjeżdżać.

Jest w tym miejscu coś, co każe nam zostać dłużej. Mimo niskiej temperatury podejmujemy decyzję – śpimy tutaj, w naszym namiocie dachowym. Kiedy nad górami pojawia się pełnia księżyca, zaczyna się prawdziwa magia. Nasze aparaty nie nadążają rejestrować kolejnych obrazów. Zimno przestaje mieć znaczenie. Oboje, choć zmarznięci, całkowicie przepadaamy w kadrach, świetle i naszej wspólnej fotograficznej pasji.

To właśnie tutaj, w blasku pełni księżyca, wydarzyła się dla nas fotograficzna i mentalna magia. Nocna sesja pochłonęła nas bez reszty, oferując kadry niemal nie z tej ziemi. Pomimo przeszywającego chłodu migawki aparatów pracowały na wspomnienia, do których będziemy wracać jeszcze przez wiele lat.

Rankiem Gruzja po raz kolejny zmienia dekorację. Tradycyjnie parzymy świeżą kawę i podziwiamy Kazbek oraz klasztor w pełnym świetle porannego słońca. Po wszystkim, co wydarzyło się przez ostatnie dni – lodowcu, rzece, Mestii, odzyskanym dronie, nocy w Użguli, kaukaskich serpentynach i nocy pod Kazbekiem – trudno po prostu wstać, zamknąć namiot i odjechać. To miejsce pochłonęło nas bez reszty i pozostawiło w głowach wiele refleksji.

Ale podróż trwa. Bardzo niechętnie opuszczamy to miejsce, a jednocześnie jesteśmy ciekawi tego, co jeszcze czeka za następnym zakrętem. Pakujemy obóz i ruszamy ponownie w kierunku Tbilisi, aby tym razem spróbować naprawdę poczuć klimat stolicy Gruzji.

Bo po tych kilku dniach wiemy już jedno: w Gruzji plan wyznacza kierunek, ale to droga pisze historię.

Kazbek. Morze chmur, księżyc i fotograficzna magia

Górski klimat u podnóża Kazbeku przygotowuje dla nas spektakl, którego nie dałoby się zaplanować. Każda mgła kiedyś ustępuje, robiąc miejsce bezchmurnemu niebu i promieniom słońca. Tak było również tym razem. Cminda Sameba przywitała nas morzem chmur, zza których nieśmiało przebijały się zarysy klasztoru. Patrzymy, czekamy i oboje czujemy, że nie chcemy jeszcze stąd odjeżdżać.

Jest w tym miejscu coś, co każe nam zostać dłużej. Mimo niskiej temperatury podejmujemy decyzję – śpimy tutaj, w naszym namiocie dachowym. Kiedy nad górami pojawia się pełnia księżyca, zaczyna się prawdziwa magia. Nasze aparaty nie nadążają rejestrować kolejnych obrazów. Zimno przestaje mieć znaczenie. Oboje, choć zmarznięci, całkowicie przepadamy w kadrach, świetle i naszej wspólnej fotograficznej pasji.

To właśnie tutaj, w blasku pełni księżyca, wydarzyła się dla nas fotograficzna i mentalna magia. Nocna sesja pochłonęła nas bez reszty, oferując kadry niemal nie z tej ziemi. Pomimo przeszywającego chłodu migawki aparatów pracowały na wspomnienia, do których będziemy wracać jeszcze przez wiele lat.

Rankiem Gruzja po raz kolejny zmienia dekorację. Tradycyjnie parzymy świeżą kawę i podziwiamy Kazbek oraz klasztor w pełnym świetle porannego słońca. Po wszystkim, co wydarzyło się przez ostatnie dni – lodowcu, rzece, Mestii, odzyskanym dronie, nocy w Użguli, kaukaskich serpentynach i nocy pod Kazbekiem – trudno po prostu wstać, zamknąć namiot i odjechać. To miejsce pochłonęło nas bez reszty i pozostawiło w głowach wiele refleksji.

Ale podróż trwa. Bardzo niechętnie opuszczamy to miejsce, a jednocześnie jesteśmy ciekawi tego, co jeszcze czeka za następnym zakrętem. Pakujemy obóz i ruszamy ponownie w kierunku Tbilisi, aby tym razem spróbować naprawdę poczuć klimat stolicy Gruzji.

Bo po tych kilku dniach wiemy już jedno: w Gruzji plan wyznacza kierunek, ale to droga pisze historię.

Marta i Paweł ❤️🙋‍♂️🙋‍♀️
z TA2 poza Szlakiem