Przejdź do głównej treści

1320 kilometrów przez Turcję. Gruzja, Batumi i pierwszy poranek wśród gór Kaukazu

TA2 poza szlakiem | Marta i Paweł | Turcja → Gruzja → Batumi → Mestia

1320 kilometrów. Tylko tyle i aż tyle dzieliło nas od kolejnego celu wyprawy – Gruzji. Kiedy patrzyliśmy na mapę, trasa wydawała się stosunkowo prosta. Nawigacja wskazywała 17,5 godziny jazdy, a my, pełni optymizmu po odpoczynku nad Morzem Czarnym, zakładaliśmy, że uda się pokonać ten dystans bez większych komplikacji. Rzeczywistość miała jednak dla nas zupełnie inny scenariusz. Zamiast siedemnastu godzin czekał nas 32-godzinny maraton, który okazał się jednym z najbardziej wymagających etapów całej wyprawy.

Z nadmorskiego raju wprost na tureckie autostrady

Nasz ostatni poranek na tureckiej plaży upłynął pod znakiem słońca, odpoczynku i regeneracji sił. Jeszcze kilka godzin wcześniej zasypialiśmy przy szumie fal, a teraz przygotowywaliśmy naszego czarnego Jetoura T2 do kolejnego długiego etapu. Około godziny 13:00 opuściliśmy nadmorski raj i ruszyliśmy w kierunku Gruzji. Ze względu na opóźnienia, które pojawiły się na wcześniejszych odcinkach wyprawy, postanowiliśmy pokonać trasę bez kolejnego noclegu. Siedemnaście i pół godziny za kierownicą wydawało się wyzwaniem, ale byliśmy przekonani, że damy radę.

Szybko okazało się, że czas podawany przez nawigację to jedno, a rzeczywisty przebieg podróży to zupełnie inna historia. Postoje na posiłki, tankowanie, krótkie przerwy na rozprostowanie nóg i coraz bardziej odczuwalne zmęczenie sprawiały, że godziny nieubłaganie mijały. Naszym największym przeciwnikiem nie były tym razem trudne górskie podjazdy, szutrowe drogi ani nieprzewidziane przeszkody. Była nim monotonia. Setki kilometrów tureckich autostrad i dróg ekspresowych, powtarzające się krajobrazy, kolejne miejscowości i niekończące się odcinki asfaltu wystawiały naszą cierpliwość na poważną próbę.
Charakterystycznym elementem tej przeprawy były tunele przecinające górskie masywy. Krótsze, dłuższe, czasami sprawiające wrażenie, jakby nie miały końca. Wjeżdżaliśmy w jeden, po chwili wyjeżdżaliśmy na otwartą przestrzeń, by za kolejnym zakrętem ponownie zniknąć we wnętrzu góry. Trasa, choć wygodna i dobrze rozwinięta, z czasem zaczęła nas zwyczajnie nużyć. Zmęczenie narastało, a każdy kolejny kilometr wymagał coraz większej koncentracji.
Dodatkowym elementem wymagającym uwagi były liczne fotoradary i odcinkowe pomiary prędkości. Podczas tak długiej podróży łatwo stracić poczucie pokonywanego dystansu, dlatego pilnowaliśmy ograniczeń i obserwowaliśmy oznakowanie. Mimo to gdzieś z tyłu głowy pojawiało się pytanie, czy przypadkiem nie przeoczyliśmy któregoś z pomiarów. Perspektywa ewentualnych formalności związanych z mandatami przy opuszczaniu Turcji nie była czymś, co chcielibyśmy dopisać do naszego roadbooka.
W końcowej części trasy trafiliśmy również na duże natężenie ruchu, które jeszcze bardziej spowolniło naszą podróż. Wykorzystaliśmy jeden z postojów, aby odwiedzić restaurację serwującą regionalne tureckie potrawy. Chcieliśmy choć na chwilę oderwać się od asfaltowej monotonii i jeszcze raz poczuć smaki kraju, przez który przemierzaliśmy tak wiele kilometrów. Ciepły posiłek, chwila odpoczynku i możliwość wyprostowania nóg były dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy, choć do upragnionego celu wciąż pozostawała długa droga.
Z każdą kolejną godziną coraz wyraźniej odczuwaliśmy, że ten etap nie jest już zwykłym przejazdem pomiędzy dwoma punktami na mapie. To był prawdziwy maraton, w którym trzeba było pogodzić zmęczenie, konieczność odpoczynku i świadomość, że Gruzja wciąż znajduje się przed nami. Ostatecznie podróż, którą początkowo planowaliśmy na nieco ponad siedemnaście godzin jazdy, wraz z postojami i przerwami rozciągnęła się do około 32 godzin.

Gruzja na wyciągnięcie ręki. Granica i nieoczekiwane komplikacje

Ostatnie kilometry tureckiej przeprawy pokonywaliśmy późnym popołudniem. Zmęczenie dawało się już mocno we znaki, ale świadomość, że za chwilę przekroczymy granicę Gruzji, dodawała nam energii. Wiedzieliśmy jednak, że odprawa celna może okazać się nieco bardziej skomplikowana niż podczas wcześniejszych przekroczeń granic. Nasz Jetour T2 jest samochodem leasingowanym, dlatego przed wyprawą zadbaliśmy o odpowiednie dokumenty i upoważnienia. Mimo przygotowań odczuwaliśmy pewien niepokój. Po tak długiej podróży marzyliśmy już tylko o tym, żeby bez problemów dotrzeć do Batumi, znaleźć miejsce do spania i wreszcie odpocząć.

Procedura na przejściu granicznym wyglądała nieco inaczej, niż mogliśmy się spodziewać. W samochodzie pozostawał wyłącznie kierowca, natomiast pasażerowie przechodzili odprawę pieszo. Tuż przed kontrolą rozstaliśmy się więc z Martą. Ona ruszyła do przejścia dla pieszych, a ja zostałem sam na sam z naszym T2 i celnikami. Początkowo wszystko wyglądało standardowo, jednak po przedstawieniu dokumentów otrzymałem polecenie skierowania samochodu na osobne stanowisko kontroli. Wtedy pojawiły się pierwsze komplikacje.

Okazało się, że dokumentacja dotycząca leasingowanego pojazdu nie została wystawiona dokładnie w takiej formie, jakiej oczekiwano na granicy. Mieliśmy wymagane przez nas dokumenty, ale ich treść wzbudziła zastrzeżenia funkcjonariuszy. Rozpoczęło się wyjaśnianie sytuacji, przedstawianie dodatkowej korespondencji mailowej oraz wniosków, które wcześniej składaliśmy w związku z wyjazdem. Niepewność i zmęczenie zdecydowanie nie pomagały. Po dłuższych wyjaśnieniach udało się jednak uzyskać zgodę na warunkowe przekroczenie granicy.

Wreszcie mogliśmy odetchnąć. Byliśmy w Gruzji! 🇬🇪 Kiedy ponownie spotkaliśmy się z Martą, radość mieszała się z potwornym zmęczeniem. Za nami pozostawało 1320 kilometrów, dziesiątki godzin podróży, niekończące się tunele, postoje i stres związany z odprawą. Dotarliśmy do kolejnego kraju naszej wyprawy, ale tym razem nie było mowy o natychmiastowym ruszaniu w dalszą drogę. Potrzebowaliśmy odpoczynku i uporządkowania kilku ważnych spraw.

Batumi – pierwszy przystanek w Gruzji

Jeszcze przed przyjazdem wiedzieliśmy, że dotrzemy do Batumi późno, dlatego zdecydowaliśmy się wynająć domek w centrum miasta. Tym razem nasz dachowy namiot Taurus miał pozostać złożony. Musieliśmy załatwić formalności, a dodatkowo mój stan zdrowia wymagał konsultacji lekarskiej. Po tak długim maratonie dalsze forsowanie organizmu nie wchodziło w grę. Przed nami pozostawało dziesięć dni podróżowania po surowej Gruzji, dlatego odpoczynek był koniecznością, a nie stratą czasu. Chcieliśmy poznawać ten kraj, cieszyć się jego krajobrazami i kolejnymi przygodami, ale bez niepotrzebnej brawury.

Już pierwsze kilometry po gruzińskich drogach pokazały nam, że znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Batumi przyciągało uwagę architekturą, kontrastami i atmosferą wyraźnie odmienną od tej, którą poznaliśmy w Turcji. Nowoczesne budynki sąsiadowały z bardziej tradycyjną zabudową, a miasto sprawiało wrażenie pełnego życia nawet w późnych godzinach. Największym zaskoczeniem okazał się jednak styl jazdy miejscowych kierowców. Po tureckich autostradach, licznych kontrolach prędkości i dość przewidywalnym ruchu drogowym gruzińskie ulice wydały nam się prawdziwą wolną amerykanką. Dynamiczne manewry, nieoczekiwane zmiany pasa i sposób poruszania się niektórych kierowców wymagały od nas wzmożonej uwagi.

Po dotarciu do wynajętego domku postanowiliśmy przede wszystkim się wyspać. Załatwiliśmy najpilniejsze sprawy, a zwiedzanie Batumi przełożyliśmy na kolejny dzień. Nie chcieliśmy oglądać miasta przez pryzmat wyczerpania i pośpiechu. Wiedzieliśmy, że mamy przed sobą wyjątkowe miejsce, któremu warto poświęcić choć jedno spokojne popołudnie i wieczór.

Batumi z wysokości 130 metrów. Kolacja z panoramą miasta

Następnego dnia, po odpoczynku i załatwieniu niezbędnych spraw, wyruszyliśmy na spacer po centrum Batumi. Miasto zaskakiwało nas swoją architekturą i rozmachem niektórych inwestycji. Wśród nowoczesnych budynków, nadmorskich promenad i charakterystycznych konstrukcji szczególnie wyróżniała się Wieża Alfabetu – jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Batumi. To właśnie ją postanowiliśmy odwiedzić, a przy okazji spędzić wyjątkowy wieczór z widokiem na miasto i Morze Czarne.

Wieża Alfabetu jest hołdem dla gruzińskiego pisma i narodowej tożsamości. Konstrukcja o wysokości około 130 metrów, wykonana ze stali i szkła, przyciąga uwagę niezwykłą formą przypominającą strukturę DNA, w którą wkomponowano litery gruzińskiego alfabetu. Budowę rozpoczęto w 2010 roku, a ukończono w 2011 roku. Koszt przedsięwzięcia wyniósł około 65 milionów dolarów. To ogromna kwota, szczególnie gdy spojrzy się na obiekt przede wszystkim jako na symbol architektoniczny. Wieża pełni jednak również funkcję użytkową – w jej górnej części znajduje się przestrzeń restauracyjna, z której można podziwiać panoramę miasta i wybrzeża.

Postanowiliśmy zjeść kolację właśnie tam, planując wizytę tak, aby zobaczyć zachód słońca. Po wjechaniu na górę okazało się, że czeka nas coś więcej niż zwykły posiłek z widokiem. Restauracja wyposażona jest w obrotową platformę, dzięki której stoliki powoli przemieszczają się względem otaczającej panoramy. Siedząc w jednym miejscu, mogliśmy obserwować kolejne fragmenty Batumi, nadmorską promenadę, port i bezkres Morza Czarnego. Miasto zmieniało się przed naszymi oczami, a wraz z zachodzącym słońcem krajobraz nabierał coraz cieplejszych barw.

Wieczór upływał przy dźwiękach muzyki na żywo, dobrej kolacji i widokach, których nie sposób było się nasycić. Obserwowaliśmy, jak ostatnie promienie słońca znikają za horyzontem, a Batumi stopniowo rozświetla się tysiącami świateł. Powoli obracająca się platforma sprawiała, że panorama nieustannie się zmieniała, choć my przez cały czas pozostawaliśmy przy tym samym stoliku. Po trudach poprzedniego etapu podróży był to wyjątkowo przyjemny sposób na spędzenie wspólnego wieczoru. Jeszcze niedawno walczyliśmy ze zmęczeniem na tureckich drogach, a teraz siedzieliśmy ponad miastem, podziwiając Gruzję z zupełnie innej perspektywy.

Po kolacji wybraliśmy się na spacer nadmorską promenadą, gdzie czekała na nas kolejna niezwykła konstrukcja – rzeźba Ali i Nino. Dwie monumentalne, metalowe postacie powoli zbliżają się do siebie, przenikają, a następnie oddalają, symbolizując historię miłości i rozstania. W wieczornym oświetleniu instalacja robi szczególne wrażenie. Obserwowaliśmy jej ruch, a później jeszcze przez chwilę spacerowaliśmy wzdłuż wybrzeża, chłonąc atmosferę miasta. Batumi pokazało nam swoje zupełnie inne oblicze niż to, które poznaliśmy podczas pierwszych, zmęczonych godzin po przekroczeniu granicy.

Był to piękny wieczór, ale nasz roadbook nie pozwalał nam zapomnieć, że przed nami wciąż znajduje się prawdziwy cel gruzińskiej części wyprawy. Chcieliśmy opuścić nadmorskie miasto i ruszyć w kierunku gór, gdzie czekały na nas krajobrazy, dla których przejechaliśmy tysiące kilometrów.

Nocna droga w kierunku Mestii. Kaukaz wzywa!

Kolejny punkt naszej wyprawy znajdował się w rejonie Mestii, malowniczej miejscowości położonej w gruzińskiej Swanetii. Nawigacja wskazywała około sześciu godzin jazdy, a my ponownie zdecydowaliśmy się pokonać ten etap nocą. Naszym planem było dotarcie w okolice gór, znalezienie odpowiedniego miejsca na biwak i rozpoczęcie kolejnego dnia od widoków, które od dawna chcieliśmy zobaczyć na własne oczy. W roadbooku mieliśmy również zaplanowany trekking w kierunku lodowca Chalaadi, dlatego zależało nam na dotarciu w rejon Mestii i przygotowaniu się do dalszej części przygody.

Pierwsze kilometry po opuszczeniu Batumi wymagały od nas przyzwyczajenia się do lokalnych warunków drogowych. Zwróciliśmy uwagę na liczne ograniczenia prędkości, często do 50 km/h, oraz dużą obecność policji i kontroli drogowych. Po wcześniejszych doświadczeniach z ruchem w centrum miasta postanowiliśmy zachować szczególną ostrożność i spokojnie przemierzać kolejne odcinki. Nie chcieliśmy się spieszyć, zwłaszcza że droga stopniowo zmieniała swój charakter, prowadząc nas w coraz bardziej górzyste rejony Gruzji.

Trasa w kierunku Mestii okazała się niezwykle malownicza, choć noc nie pozwalała jeszcze w pełni docenić otaczających nas krajobrazów. Nawierzchnia zmieniała się na kolejnych odcinkach, a droga prowadziła przez doliny, wzdłuż zboczy i coraz głębiej w górski teren. Reflektory naszego T2 oświetlały kolejne zakręty, fragmenty skalnych ścian i roślinność porastającą pobocza. Miejscami mogliśmy dostrzec jedynie zarysy otaczających nas gór, ale już wtedy czuliśmy, że wjeżdżamy w zupełnie inny świat. Po nadmorskim Batumi, szerokich tureckich drogach i setkach kilometrów asfaltu znów znaleźliśmy się bliżej natury, która była jednym z najważniejszych powodów naszej wyprawy.

Zmęczenie po wcześniejszym maratonie wciąż dawało o sobie znać, dlatego tym razem nie zamierzaliśmy przeciągać jazdy w nieskończoność. Szukaliśmy miejsca, w którym moglibyśmy bezpiecznie zatrzymać samochód, rozłożyć namiot i odpocząć przed kolejnym dniem. Około godziny 3:30 nad ranem dotarliśmy do punktu, który na podstawie topografii mapy wydał nam się idealny na nocleg. W całkowitej ciemności trudno było ocenić pełne piękno otoczenia, ale położenie terenu i zarys pobliskiej doliny sugerowały, że o poranku możemy obudzić się w naprawdę wyjątkowym miejscu.

Zatrzymaliśmy naszego Jetoura, rozłożyliśmy dachowy namiot Taurus i przygotowaliśmy się do snu. Nie było już czasu ani energii na długie rozmowy czy podziwianie gwiazd. Wskoczyliśmy w śpiwory, a zmęczenie sprawiło, że zasnęliśmy niemal natychmiast. Za nami pozostawała kolejna nocna przeprawa, a przed nami czekał poranek, który miał odsłonić prawdziwe oblicze gruzińskich gór.

Poranek, który znów odebrał nam mowę

Kiedy otworzyliśmy oczy i wyjrzeliśmy z naszego dachowego namiotu, po raz kolejny przekonaliśmy się, że nocne poszukiwanie miejsca na biwak potrafi przynieść niezwykłą niespodziankę. Krajobraz, który poprzedniego wieczoru pozostawał ukryty w ciemności, teraz rozciągał się przed nami w pełnej okazałości. Przez dolinę ciągnęła się tafla wody o niesamowitym kolorze, otoczona zielenią i surowymi, skalistymi zboczami. Góry wznosiły się ponad doliną, a poranne światło stopniowo wydobywało z nich kolejne szczegóły. Powietrze było świeże i rześkie, zupełnie inne niż to, którym oddychaliśmy jeszcze niedawno na tureckim wybrzeżu.

Przez chwilę po prostu siedzieliśmy, patrząc przed siebie. Trudno było uwierzyć, że zaledwie kilkadziesiąt godzin wcześniej odpoczywaliśmy na piaszczystej plaży nad Morzem Czarnym, a teraz budzimy się pośród gruzińskich gór, otoczeni zielenią, skałami i wodą o niezwykłej barwie. Tak ogromna zmiana krajobrazu w tak krótkim czasie była czymś, co trudno opisać słowami. Właśnie wtedy przypomnieliśmy sobie, dlaczego zdecydowaliśmy się na tę wyprawę i dlaczego czasami warto zrezygnować z wygodnego hotelu na rzecz noclegu w nieznanym miejscu.

Okazało się, że w pobliżu naszego postoju prowadzone są prace związane z infrastrukturą energetyczną. Nie byliśmy więc zupełnie sami, choć nocą nie zdawaliśmy sobie w pełni sprawy z charakteru tego miejsca. Obecne na miejscu osoby pozwoliły nam spokojnie spędzić poranek, za co byliśmy im wdzięczni. Mogliśmy przygotować kawę, nacieszyć oczy widokiem i rozpocząć dzień w rytmie, który podczas tej wyprawy pokochaliśmy najbardziej. Bez pośpiechu, bez nerwowego spoglądania na zegarek, z poczuciem, że przez chwilę cały otaczający nas świat należy wyłącznie do tej jednej chwili.

Nasz czarny Jetour T2, z rozłożonym namiotem na dachu, stał pośród górskiego krajobrazu niczym mały dom, który przywiózł nas tutaj z odległej Polski. Za nami pozostawały tysiące kilometrów, rumuńskie serpentyny, tajemnicze tunele, bułgarskie drogi, tureckie plaże i 32-godzinny maraton przez Turcję. Przed nami rozciągała się Gruzja – kraj, który już od pierwszych chwil pokazał nam, że potrafi zaskakiwać zarówno na drogach, jak i poza nimi.

Przed nami lodowiec Chalaadi. Prawdziwa Gruzja dopiero się zaczyna!

Ten poranek był dla nas czymś więcej niż kolejnym przystankiem w podróży. Stanowił symboliczne rozpoczęcie tej części wyprawy, na którą czekaliśmy od dawna. Po miejskim zgiełku Batumi i długiej przeprawie przez Turcję wreszcie znaleźliśmy się w otoczeniu gór, dolin i surowej przyrody. Wiedzieliśmy, że przed nami kolejne wymagające odcinki, nieprzewidywalne drogi i miejsca, do których nie zawsze da się dotrzeć zgodnie z planem. Ale właśnie tego szukaliśmy, przygotowując nasz roadbook.

W kolejnych dniach chcieliśmy poznać okolice Mestii i wyruszyć na trekking w kierunku lodowca Chalaadi. Mieliśmy nadzieję zobaczyć z bliska potęgę Kaukazu, poczuć atmosferę gruzińskich gór i odkryć miejsca, które do tej pory znaliśmy jedynie ze zdjęć oraz map. Po dotychczasowych doświadczeniach wiedzieliśmy jednak, że nie warto zbyt sztywno trzymać się harmonogramu. Góry, pogoda, warunki drogowe i nasze własne możliwości będą decydować o tym, jak potoczą się kolejne etapy.

Patrząc na otaczający nas krajobraz, oboje z Martą byliśmy przekonani, że mimo zmęczenia, opóźnień i nieoczekiwanych komplikacji dotarliśmy dokładnie tam, gdzie chcieliśmy być. Gruzja przywitała nas wymagającą przeprawą graniczną, zaskakującym ruchem drogowym, niezwykłym wieczorem w Batumi i porankiem, którego widok pozostanie z nami na długo. Każde z tych wydarzeń stało się kolejną częścią naszej historii, a wszystkie razem przypominały nam, że podróż nie składa się wyłącznie z pięknych krajobrazów. To także trudne decyzje, zmęczenie, cierpliwość i umiejętność zmiany planów, kiedy sytuacja tego wymaga.

1320 kilometrów przez Turcję miało być jedynie kolejnym etapem prowadzącym do celu. Okazało się prawdziwą próbą wytrwałości, po której Gruzja wynagrodziła nam wysiłek widokami, dla których warto było przejechać tak daleko.

A przecież nasza przygoda w Kaukazie dopiero się rozpoczynała. Przed nami Mestia, lodowiec Chalaadi i kolejne punkty zapisane w roadbooku. Nie wiemy jeszcze, jakie niespodzianki przygotuje dla nas Gruzja, ale jedno jest pewne – chcemy odkrywać ją po swojemu, z dala od utartych schematów, z naszym T2 i domem na dachu.

Właśnie dla takich chwil warto ruszać w drogę! ❤️‍🔥
Do zobaczenia poza szlakiem!

Marta 💃 i Paweł 🕺