Transalpinę postanowiliśmy zdobyć od północy, rozpoczynając w Sebeș i kierując się na południe. Nie był to przypadkowy wybór. Taki przebieg idealnie wpisywał się w naszą dalszą podróż, pozwalając uniknąć zbędnych kilometrów i zawracania. Był jednak jeszcze jeden powód – charakter samej drogi. Chcieliśmy odkrywać ją stopniowo, pozwolić, by z każdym kolejnym kilometrem odsłaniała przed nami coraz więcej.
Początek był niepozorny. Niewielkie miejscowości, spokojne doliny i droga prowadząca pomiędzy stromymi, zalesionymi zboczami, gdzieniegdzie poprzecinanymi skalnymi ścianami. Transalpina wiła się nieśmiało, od czasu do czasu otwierając przed nami przestrzeń, która natychmiast przykuwała wzrok.
Naszym Jetourem T2, załadowanym niemal po sam dach, wspinaliśmy się metr po metrze. Każdy kolejny ostry nawrót i ciasny zakręt był okazją, by sprawdzić, jak samochód radzi sobie w górskich warunkach. Mimo ciężkiego bagażu dzielnie pokonywał kolejne serpentyny, a my coraz bardziej zatracaliśmy się w otaczającym nas krajobrazie.
Jak to zwykle bywa podczas naszych wypraw, zachwyt nad miejscem sprawił, że zupełnie przestaliśmy kontrolować upływający czas.
Kiedy wreszcie wydostaliśmy się ponad linię lasu, a przed nami zaczęły rysować się rozległe pasma Karpat, zapadał już zmrok. Trzeba było podjąć decyzję. Dla nas była ona oczywista.

Zostajemy. Nocujemy w górach.
Wcześniej przeanalizowaliśmy topografię trasy i wiedzieliśmy, że jej najbardziej widowiskowy fragment wciąż znajduje się przed nami. Pokonanie go po ciemku oznaczałoby utratę tego, po co właściwie tu przyjechaliśmy – widoków, przestrzeni i niezwykłej atmosfery jednej z najwyżej położonych dróg Rumunii.
Byliśmy już tak daleko i tak wysoko, że nie zamierzaliśmy zmarnować tej okazji.

Nocleg na wysokości
dwóch tysięcy metrów
Zakręt za zakrętem wypatrywaliśmy odpowiedniego miejsca na rozbicie naszego dachowego namiotu Taurus.
W pewnym momencie, przejeżdżając przez rozległą, otwartą przestrzeń, dostrzegliśmy szutrową drogę odchodzącą od głównej trasy. Ekran nawigacji w naszym T2 pokazywał niemal bezkresny teren. Wyglądało na to, że właśnie znaleźliśmy miejsce, w którym warto powitać kolejny dzień.
Zatrzymaliśmy się.
Najpierw kompas. Sprawdziliśmy kierunki świata, aby ustawić samochód tak, by o poranku móc obserwować wschód słońca prosto z namiotu. W pobliżu stało kilka kamperów, dlatego wybraliśmy miejsce w odpowiednim oddaleniu, aby nie przeszkadzać pozostałym podróżnikom. Silnik zgaszony.
Procedura biwakowa rozpoczęta.
Wokół panowała już kompletna ciemność. Nad głowami rozciągało się rozgwieżdżone niebo, a przez otwartą przestrzeń przetaczał się przenikliwy, lodowaty wiatr.
Byliśmy na wysokości około 2000 metrów nad poziomem morza. I właśnie wtedy przekonaliśmy się, że jeden z czynników tego noclegu nie został przez nas do końca przewidziany.
Temperatura spadła poniżej ośmiu stopni, a wiatr skutecznie przypominał, że góry nie przejmują się naszymi wakacyjnymi planami. Nie będę nawet próbował opisywać miny Marty.
Rozłożenie namiotu było dopiero początkiem. Podmuchy okazały się na tyle silne, że chwilę później musieliśmy dodatkowo zabezpieczyć daszek pasami transportowymi. Podpierające go słupki co chwilę unosiły się w powietrze, jakby wiatr postanowił sprawdzić wytrzymałość całej naszej konstrukcji.
Kiedy wreszcie udało się wszystko ustabilizować, pojawił się kolejny problem.
Ogrzewanie.
Nasze Webasto, a właściwie zestaw ogrzewania postojowego Vevor, nie było jeszcze uruchamiane podczas tej wyprawy. Nie było więc wyjścia – pierwsze uruchomienie musiało odbyć się właśnie tutaj, po ciemku, na górskim odludziu. Urządzenie potrzebowało kilku cykli, aby odpowietrzyć układ paliwowy i zaciągnąć olej napędowy z dołączonego zbiornika. Marta w tym czasie była już szczelnie otulona śpiworem, próbując znaleźć choć odrobinę ciepła.
Wreszcie, około godziny 23:00, usłyszałem charakterystyczny dźwięk pracującego ogrzewania. Po chwili przewodem prowadzącym do namiotu zaczęło napływać przyjemnie ciepłe powietrze.
Udało się. Mogłem w końcu położyć się spać.
Za cienką ścianą namiotu szalał wiatr, nad nami błyszczały tysiące gwiazd, a gdzieś w ciemności czekała droga, którą mieliśmy pokonać następnego dnia. Zasypiałem z przekonaniem, że poranek wynagrodzi nam wszystkie wieczorne trudności. Nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo miałem rację.
Poranek, dla którego warto było zostać
Plan był prosty: wstać przed świtem i zobaczyć wschód słońca.
Rzeczywistość miała jednak własny scenariusz.
Zmęczenie po całym dniu jazdy i nocnych zmaganiach z wiatrem zrobiło swoje. Nie nastawiliśmy budzika, a kiedy otworzyliśmy oczy, była już godzina ósma.
Wystarczyło jednak rozsunąć namiot i wyjrzeć na zewnątrz, aby zrozumieć, że niczego nie straciliśmy.
Przed nami rozciągał się widok, którego nie sposób było objąć jednym spojrzeniem.
Pierwsze promienie słońca wpadały do namiotu, oświetlając górskie zbocza. W oddali Transalpina wiła się niczym ogromny wąż, wspinając się serpentynami ku kolejnym przełęczom. Zieleń stoków, surowość gór i błękit nieba tworzyły krajobraz, który wyglądał niemal nierealnie.
Spojrzeliśmy na siebie.
Na naszych twarzach pojawił się uśmiech.
Wszystkie problemy poprzedniego wieczoru – zimno, wiatr, uciekające słupki namiotu i walka z ogrzewaniem – w jednej chwili przestały mieć znaczenie.

Właśnie dla takich poranków podróżujemy.
Gdzieś głęboko w dolinie zaczęły rozlegać się dźwięki silników. Samochody pokonywały kolejne serpentyny, a ryk wydechów i pisk opon niosły się echem pomiędzy górskimi zboczami.
Przez chwilę góry wypełniał hałas. Potem samochody znikały za kolejnym zakrętem i wszystko ponownie cichło. Zapadała cisza, jakiej trudno doświadczyć na co dzień. Taka, która pozwala usłyszeć wiatr przesuwający się po zboczach i poczuć ogrom otaczającej przestrzeni.
Przypomniały mi się nasze Bieszczady. To właśnie tam można jeszcze odnaleźć podobne chwile – kiedy człowiek przestaje się spieszyć i po prostu jest.

Jeszcze jeden punkt programu
Zanim jednak mogliśmy ruszyć dalej i zmierzyć się z najbardziej widowiskowym odcinkiem Transalpiny, czekał nas jeszcze jeden obowiązkowy punkt naszego biwakowego rytuału.
Prysznic.
Tak, tutaj. W górach. Na wysokości około dwóch tysięcy metrów.
Po nocnych zmaganiach z wiatrem i chłodem perspektywa kąpieli na świeżym powietrzu brzmiała jak kolejna mała przygoda.
Ale ostatecznie właśnie po to zabraliśmy ze sobą całe to wyposażenie. Nasz T2 miał być nie tylko samochodem, którym pokonujemy kolejne tysiące kilometrów, lecz także małym domem, pozwalającym zatrzymać się tam, gdzie akurat zechcemy.
Przed nami wciąż pozostawał najpiękniejszy fragment Transalpiny.
Tym razem zamierzaliśmy przejechać go za dnia, bez pośpiechu, zatrzymując się wszędzie tam, gdzie widok okaże się silniejszy od chęci pokonywania kolejnych kilometrów.
Transalpina jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. A my dopiero zaczynaliśmy rozumieć, dlaczego warto było zostać tu na noc.









