Przejdź do głównej treści

Z mrocznych tuneli Rumunii na rajską plażę Turcji. Kolejny rozdział naszej wyprawy!

zTĄ2PozaSzlakiem - Marta i Paweł  |  Rumunia → Bułgaria → Turcja → Gruzja

Są takie dni w podróży, których nie da się dokładnie zaplanować. Droga prowadzi w nieznane, nawigacja odmawia współpracy, zmęczenie zaczyna dawać się we znaki, a każda kolejna decyzja może całkowicie zmienić przebieg wyprawy. I właśnie wtedy, gdzieś pomiędzy rozsądkiem a ciekawością świata, rodzą się przygody, które zostają z nami na zawsze. Tak było i tym razem, kiedy nocna przeprawa przez rumuńskie góry zamieniła się w nieoczekiwaną przygodę, a kolejne kilometry zaprowadziły nas do miejsca, którego długo nie zapomnimy.

Mroczny tunel, stary most i droga donikąd

Było już późno, kiedy znaleźliśmy się przed mrocznym tunelem. Jego wnętrze, rozświetlane jedynie reflektorami naszego Jetoura T2, budziło niepokój i sprawiało, że włosy na rękach stawały dęba. Na końcu tunelu czekał kolejny sprawdzian – stary, wąski most o nierównym, kamienistym podłożu, miejscami porośnięty krzewami, których wystające gałęzie wdzierały się na drogę. Most zdawał się być zawieszony nad bezkresną ciemnością, a gdzieś daleko pod nami, pogrążona we śnie, znajdowała się niewielka wioska. Światła naszego T2 wydobywały z mroku kolejne metry przeprawy, boczne bariery i nierówną nawierzchnię. Za nimi nie było już widać niczego poza ciemnością.

Opony Jetoura dzielnie wgryzały się w luźny kamień zalegający na starym moście i w tunelu. Mimo znacznego obciążenia samochodu pokonaliśmy całą przeprawę dość sprawnie, jednak prawdziwa przygoda zaczęła się chwilę później. Nasze telefony miały poważny problem z ustaleniem pozycji GPS, a nawigacja przestała być wiarygodnym przewodnikiem. Za mostem skręciliśmy więc w lewo, kierując się topografią mapy i własną intuicją. Liczyliśmy, że w ten sposób odnajdziemy drogę prowadzącą dalej w kierunku Turcji. Najpierw przedzieraliśmy się przez gęste krzewy, później trasa zaprowadziła nas w głąb lasu, aż w końcu dotarliśmy do ślepego zaułka i kolejnego tunelu. Tym razem przejazd blokowała woda.

Zatrzymaliśmy się, aby ocenić sytuację. Była prawie północ, znajdowaliśmy się w nieznanym terenie, bez towarzystwa innych podróżników, a głębokość wody i stan dalszej części tunelu pozostawały zagadką. Nie zamierzaliśmy ryzykować przeprawy w takich warunkach, dlatego podjęliśmy decyzję o zawróceniu i powrocie w kierunku mostu, aby poszukać wyjazdu po jego drugiej stronie. Za dnia odnalezienie właściwej drogi prawdopodobnie byłoby znacznie łatwiejsze, ale nocą każdy zakręt, rozwidlenie i fragment lasu stawały się kolejną niewiadomą. Poruszaliśmy się trochę po omacku, co dodawało całej wyprawie odrobinę survivalowego charakteru. Choć chwilami robiło się naprawdę tajemniczo, właśnie takie nieoczekiwane sytuacje nadają naszej podróży wyjątkowy smak.

Kierunek: Turcja. Przed nami długa noc

Kiedy wreszcie wydostaliśmy się na lokalną drogę, mogliśmy odetchnąć. Nawigacja odzyskała orientację, a my wprowadziliśmy kolejny cel – Stambuł. Na ekranie pojawiła się informacja o około ośmiu i pół godzinach jazdy. Przed nami rozciągała się długa nocna trasa prowadząca w kierunku Bułgarii, a następnie przez bułgarskie lasy i góry aż do granicy z Turcją. Byliśmy na nogach od samego rana, dzień obfitował w emocje, a nocna przygoda w tunelach i na starym moście pochłonęła sporo energii. Wiedzieliśmy, że kolejny etap będzie wymagający, ale mimo wszystko postanowiliśmy kontynuować podróż.

Kilometr za kilometrem przemierzaliśmy pogrążone w ciemności drogi. Za szybami przesuwały się lasy, górskie zbocza i niewielkie miejscowości, a noc powoli ustępowała miejsca porankowi. Tuż po wschodzie słońca dotarliśmy do tureckiej granicy. Przeszliśmy odprawę paszportową i celną, dopełniliśmy niezbędnych formalności i wreszcie mogliśmy powiedzieć: witaj, Turcjo! 🇹🇷 Pierwsza myśl po przekroczeniu granicy? Oczywiście turecka kawa! Zatrzymaliśmy się w jednej z pierwszych miejscowości, aby chwilę odpocząć, napić się kawy i poczuć atmosferę kraju, do którego właśnie dotarliśmy.

Po krótkim postoju ruszyliśmy w stronę kolejnego celu, który Marta wytypowała jeszcze podczas przygotowań do wyprawy – kempingu Vadi Beach Camp. Potrzebowaliśmy chwili wytchnienia po całonocnej jeździe, a perspektywa odpoczynku nad morzem wydawała się wyjątkowo kusząca. Zakładaliśmy, że zatrzymamy się tam jedynie na kilka godzin, spędzimy popołudnie na plaży, przygotujemy kolację, a wieczorem wyruszymy dalej w kierunku Gruzji. Nie przypuszczaliśmy wtedy, że ta niewielka korekta naszego planu okaże się jedną z najpiękniejszych decyzji całej podróży.

Nasz mały raj nad Morzem Czarnym

Kiedy dotarliśmy na miejsce, przez chwilę po prostu patrzyliśmy przed siebie. Piaszczysta plaża, turkusowa woda, fale rozbijające się o brzeg i przestrzeń ciągnąca się aż po horyzont. Żadnych tłumów, żadnego pośpiechu – tylko morze, piasek i my. Kemping umożliwiał zatrzymanie się niemal przy samej linii wody, dlatego postanowiliśmy wykorzystać tę możliwość. Zjechaliśmy naszym czarnym Jetourem T2 na plażę i wybraliśmy miejsce, z którego mogliśmy cieszyć się widokiem morza. Samochód, załadowany wyposażeniem wyprawowym niemal po dach, bez problemu poradził sobie z miękkim, piaszczystym podłożem.

Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej błądziliśmy po ciemnych rumuńskich lasach, szukając wyjazdu z tajemniczego tunelu, a teraz siedzieliśmy na tureckiej plaży, słuchając szumu fal. Trudno było uwierzyć, jak bardzo krajobraz i atmosfera naszej podróży zmieniły się w tak krótkim czasie. Zamiast stromych zboczy i mrocznych przepraw mieliśmy przed sobą bezkresne morze, ciepły piasek i zachodzące słońce. Nie spieszyliśmy się z rozkładaniem całego obozowiska, ponieważ zgodnie z pierwotnym planem miał to być jedynie kilkugodzinny postój przed dalszą jazdą.

Kolacja, świece i decyzja, która zmieniła nasz plan

Mimo ogromnego zmęczenia nie zamierzaliśmy od razu ruszać dalej. Takie miejsce zasługiwało na coś więcej niż szybki posiłek i powrót za kierownicę. Jeszcze przed kolacją podjęliśmy decyzję, że zostajemy na noc, i rozpoczęliśmy procedurę biwakową. Rozłożyliśmy dachowy namiot Taurus, zabezpieczyliśmy wyposażenie i przygotowaliśmy nasz mały dom na kołach do noclegu tuż nad brzegiem morza. Dopiero wtedy mogliśmy spokojnie usiąść do kolacji. Wspólnie przygotowaliśmy posiłek i rozpaliliśmy grilla, którego ciepło i zapach dodatkowo podkreślały atmosferę wieczoru. Oczywiście nie mogło zabraknąć lampek i świeczek – to specjalność Marty, która zawsze dba o te drobne szczegóły potrafiące zamienić zwykły postój w wyjątkową chwilę. Siedzieliśmy razem na plaży, przy delikatnym świetle lampek, słuchając wzburzonego morza i obserwując ostatnie promienie zachodzącego słońca. Nie potrzebowaliśmy restauracji, luksusowego hotelu ani wyszukanych atrakcji. Mieliśmy siebie, naszego T2 i bezkresną przestrzeń przed nami.
Byliśmy na nogach od wielu godzin, a miejsce, do którego trafiliśmy, wydawało się wręcz stworzone do odpoczynku. Perspektywa kolejnych godzin za kierownicą przestała być tak atrakcyjna jak możliwość spędzenia nocy nad samym morzem. Decyzja zapadła niemal bez słów – zostajemy! Postanowiliśmy zmienić roadbook, spędzić noc na plaży, a następnego dnia pozwolić sobie na kilka godzin odpoczynku, słońca i regeneracji przed długą drogą do Batumi.

Zachodzące słońce powoli znikało za horyzontem, wiatr niósł zapach morskiej bryzy, a szum fal tworzył najpiękniejszą muzykę, jaką mogliśmy sobie wyobrazić. Wspólnie uznaliśmy, że miejsce, czas i okoliczności są prawdziwym darem. Nie chcieliśmy już niczego przyspieszać ani podporządkowywać się kolejnym punktom harmonogramu. Niech świat przez chwilę poczeka.

Poranek, którego nie chcieliśmy kończyć

Kiedy obudziliśmy się następnego dnia, morze wciąż było tuż obok nas. Wystarczyło otworzyć namiot, aby zobaczyć plażę i rozciągającą się przed nami wodę. Tym razem nie budził nas alarm ani presja kolejnych kilometrów. Przed nami było kilka godzin, które mogliśmy poświęcić wyłącznie na odpoczynek. Łapaliśmy promienie słońca, spacerowaliśmy po plaży i chłonęliśmy atmosferę miejsca, do którego trafiliśmy trochę dzięki planowaniu Marty, a trochę dzięki spontanicznej decyzji o zmianie naszego roadbooka. Nie musieliśmy się spieszyć, choć wiedzieliśmy, że po południu czeka nas kolejny wymagający etap wyprawy.

Vadi Beach Camp okazał się dokładnie takim miejscem, jakiego szukamy podczas naszych podróży. Przestrzeń, piękno natury i poczucie wolności sprawiały, że trudno było myśleć o wyjeździe. Możliwość zatrzymania samochodu niemal nad samym morzem, rozłożenia namiotu i spędzenia nocy przy szumie fal była czymś więcej niż zwykłym noclegiem. Była kolejną historią, którą zabierzemy ze sobą do domu, i dowodem na to, że czasami warto pozwolić sobie na zmianę planów. Gdybyśmy poprzedniego wieczoru zdecydowali się kontynuować jazdę, stracilibyśmy jedną z najpiękniejszych chwil tej wyprawy.

Gruzjo, nadjeżdżamy! 🇬🇪

W południe nadszedł moment, którego nie dało się już dłużej odkładać. Czas ruszać! Złożyliśmy obozowisko, zabezpieczyliśmy wyposażenie i przygotowaliśmy naszego T2 do kolejnego etapu. Silnik ożył, a przed nami pozostał jeszcze jeden mały sprawdzian – wydostanie się z plaży przez grząski piasek. Jetour, mimo znacznego obciążenia, poradził sobie z tym zadaniem bez najmniejszego trudu. Po chwili znów byliśmy na drodze, a kierunek był już tylko jeden – Batumi w Gruzji.

Przed nami około 17 godzin podróży wzdłuż tureckiego wybrzeża, setki kilometrów, nocna jazda i planowany przyjazd do Gruzji o poranku. Wiedzieliśmy, że będzie to wymagający etap, ale byliśmy też przekonani, że decyzja o zatrzymaniu się na tureckiej plaży była strzałem w dziesiątkę. Ta nieplanowana przerwa pozwoliła nam odpocząć, odzyskać energię i przede wszystkim przeżyć coś, czego nie przewidywał żaden harmonogram. Teraz, wypoczęci i pełni nowych wspomnień, mogliśmy kontynuować podróż ku kolejnemu celowi naszej wyprawy.

W naszym roadbooku dopisaliśmy kolejną niezwykłą historię. Historię o mrocznym rumuńskim tunelu, nocnej przeprawie przez stary most, drodze prowadzącej donikąd i tureckiej plaży, która niespodziewanie stała się naszym małym rajem. O przygodzie, której nigdy nie zapomnimy, i chwilach wyjątkowych, których wartości nie sposób przeliczyć na pieniądze. O miejscu, w którym mieliśmy zatrzymać się jedynie na kilka godzin, a które podarowało nam niezapomniany wieczór i poranek nad Morzem Czarnym.

Im więcej kilometrów zostawiamy za sobą, tym mocniej przekonujemy się, że w tej podróży nie chodzi wyłącznie o dotarcie do celu. Chodzi o wszystko, co wydarza się po drodze – wspólne decyzje, nieoczekiwane zwroty akcji, poranną kawę w nieznanym miejscu i wieczory, podczas których świat na chwilę przestaje istnieć. To właśnie te momenty sprawiają, że każda kolejna wyprawa staje się czymś więcej niż tylko podróżą. Zostają w pamięci na długo po powrocie do domu i przypominają nam, dlaczego w ogóle zdecydowaliśmy się wyruszyć w drogę.

Właśnie dla takich chwil
warto żyć! ❤️‍🔥*

Ruszamy dalej. Do zobaczenia poza szlakiem!

Marta 💃 i Paweł 🕺

TA2 poza szlakiem | Jetour T2 | W drodze do Gruzji